Trudny ale też piękny i ekscytujący. Nasze drogi przecinały się kilka razy. Mój Najdroższy, jak się okazało po latach, jest kuzynem mojej przyjaciółki z lat dziecięcych - młodszym kuzynem. Dlatego w tamtym okresie nie wzbudził mojego zainteresowania. Ponownie spotkaliśmy się już w dorosłym życiu ale nie od razu poczułam do niego sympatię. Po pierwszej rozmowie miałam niemiłe wrażenie, że to pozer i lekkoduch. Unikałam go jak ognia. Ja już wtedy mężatka, matka dwójki dzieci. Raziła mnie jego lekkomyślność. Tym bardziej, że byłam na etapie ratowania mojego małżeństwa właśnie z powodu lekkomyślnego partnera, o którym mój ojciec zwykl mawiać, że nigdy nie wyrósł z krótkich spodni. Moje starania spełzły na niczym. Chłopczyk aby oderwać się od problemów wyjechał na kontrakt. W domu bywał rzadko. Od wspólnych znajomych wiem, że w naszym mieście nieco częściej. Minęły dwa lata i los sprawił, że ja i Mój Najdroższy zaczęliśmy pracować przy wspólnym projekcie. Okazało się, że mamy wspólne pasje, poglądy i że nie taki z niego pozer i lekkoduch. Nawet nie wiem kiedy od długich rozmów przeszliśmy do wspólnych spacerów, odwiedzin prywatnych, wycieczek z moimi dziećmi za miasto. Potrzebowałam tego. Byłam dwudziestoparoletnią kobietą, której życie zdążyło już niźle dopiec. Byłam spragniona czyjegoś zainteresowania, opieki, czułości. On mi to dawał. I tak od przyjaźni, później fascynacji i namiętności przeszliśmy do miłości. Nasze rodziny robiły wszystko abyśmy się nie spotykali. On kawaler, młodszy ode mnie, ja w separacji ale nie formalnej. Próbowaliśmy obydwoje zerwać nasz związek. Moj Najdroższy nawet ożenił się po krótkiej znajomości z koleżanką swojej siostry. O ile znajomość była krótka o tyle małżeństwo jeszcze krótsze. Mnie też nie udało sie naprawić relacji z mężem.
Było trudno. Co innego dyktował rozum a co innego mówiło serce. Miotaliśmy się tak przez jakiś czas aby po szczerej rozmowie powiedzieć sobie, że nie potrafimy żyć bez siebie.
Zdecydawliśmy się być razem - oficjalnie, bez względu na opinie innych. Najważniejsze dla mnie było to, że moje dzieci zaakceptowały go od samego początku. Były szczęśliwe, że nie widzą już moich łez, czekania do późnej nocy na powrót męża do domu, odwiedzin jego znajomych, podniesionych głosów.
Minęły kolejne dwa lata mój mąż już oficjalnie przyjedżał do naszego miasta pod zupełnie inny adres, więc zdecydowałam się zgodzić na wspólne mieszkanie z Moim Najdroższym. Rodziny w końcu zaakceptowały nasz związek a my cieszyliśmy się naszym szczęściem,
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz